Mata samochodowa „Kołyska” od Psiej Matki


Było cudownie. Pole, łąka, las, ganianie za patykiem, straszenie kaczek w szuwarach, galopowanie przez błoto. Wracacie do auta – zdyszani, brudni, szczęśliwi.
I całe tylne siedzenie zostaje natychmiast ostemplowane błotnistymi śladami łap.
***
Znacie to? Jeśli tak, jak ja, wozicie swojego psa na tylnim siedzeniu, przypiętego pasami, to prawdopodobnie macie podobne doświadczenia. Z kocykami i ręcznikami, które się ciągle rolują, z wszechobecnym piachem, błotem, psimi kłakami, które osiadają na wszystkim albo wbijają się w samochodowe dywaniki, okazjonalnym rzygiem, kiedy jedziemy za długo, w końcu z jawną dezaprobatą pana męża, który co jakiś czas próbuje to wszystko doczyścić, a potem z kurwą na ustach trzaska drzwiami i zostawia was z tym syfem (słusznie pewnie skądinąd, w końcu to nie on błocił).
Nadszedł więc w końcu moment ostatecznego rozwiązania kwestii psiego syfienia w aucie – raz i na dobre.
Pierwszą naszą matę kupiliśmy w popularnej zoologicznej sieciówce online i pożałowaliśmy tej decyzji, jak tylko otworzyliśmy przesyłkę. Na zdjęciach wyglądała ZNACZNIE lepiej. Zdjęcia nie oddawały też niestety wrażeń dotykowych – mocno smętnych. Sztuczna tkanina natychmiast zaczęła się zaciągać, nic nie pomogło osłanianie jej ręcznikiem, po dwóch dniach cała była ukłaczona, gumy też szybko się porozciągały, więc (w sumie z ulgą) wywaliliśmy ją po jakimś miesiącu użytkowania.
Potem były kocyki, ręczniki plażowe, nawet chodniczek gałgankowy wydziergany przez babcię (babciu, przepraszam!), ale prawda jest taka, że jak się żyje z psem intensywnie, sporo przebywa w plenerze, a zamiast eleganckiego mopsika ma się wioskowego burka, który musi wskoczyć do każdej kałuży i wleźć w każde krzory, mini-kocyś może nie starczyć. Podjęłam więc działania ostateczne.
Okazja nadarzyła się doskonała, bo akurat w Walentynki Kropa ma urodziny (nie wiem, czy to prawda, ale tak jej wpisali w schronisku i trzymamy się tego, bo to fajne), więc prezent być musiał i już! Od kilku tygodni dojrzewałam do decyzji, w końcu zamknęłam oczy i napisałam do Psiej Matki.
Tę markę niektórzy z Was pewnie kojarzą z cudownymi magicznymi matkami dla psów, które kochają i futrzaki, i ich właściciele, bo są mięciutkie, pięknie wyglądają, nie trzeba się ich wstydzić, kiedy przyjdą goście i są naprawdę wdzięczne w użytkowaniu. My też psią matkę mamy i bardzo sobie chwalimy ten zakup, ale o tym w oddzielnym poście.

Dziś będzie o macie samochodowej. Bo mata została zamówiona i jeździ z nami już dwa tygodnie – nie tylko zresztą mata. Psia Matka w styczniowej promocji dołączała do maty pas bezpieczeństwa od Warsaw Dog. Na promocję się nie załapałam oficjalnie, bo zamówienie złożyłam już w lutym, ale pani Milena nie tylko bezproblemowo objęła moje zamówienie promocją na moje zapytanie o taką możliwość, ale jeszcze dodała drugi prezent – bawełniany plecaczek.

Po dwóch zamówieniach i kilku mailach wymienionych z panią Mileną jestem zauroczona. Profesjonalizmem, dbałością o szczegóły, jej serdecznością. Ale przede wszystkim jakością produktów, które kupiłam.
Nie jestem gadżeciarą, nie zagracam domu i życia przedmiotami, które nie są mi potrzebne. Usuwam natychmiast z mojej osobistej przestrzeni wszystko, co nie jest piękne albo potrzebne, co ma być tylko dlatego, że „może się kiedyś przyda”. U mnie to tak nie działa. Kocham czytać, ale kupuję tylko te książki, które rzeczywiście chcę mieć (wielbię założycieli Biblioteki Śląskiej), jestem „na gorącej linii” z Caritasem, oddając wszystko to, co jest fajne, może się przydać – tyle, że nie mnie. Nie zachowuję nietrafionych prezentów, zakupowych wpadek, gaci, w które może się kiedys jeszcze zmieszczę, starych płyt i bibelotów. Nie chodzi mi o to, żeby nie mieć nic, tylko żeby mieć to, czemu naprawdę chcę oddać część przestrzeni w swoim domu. To samo dotyczy psich gadżetów. Przerobiłam ich już tyle, żeby mieć pewność, że nie wszystkie opłaca się kupować, że znaczna część z nich po chwili użytkowania stanie się kolejnym smętnym śmieciem, przepychanym z kąta w kąt. Że Kropka naprawdę nie musi mieć dziesięciu smyczy, trzydziestu obroży i piętnastu par szelek – wystarczy minimum, ale dobrej jakości, żeby ich użytkowanie było dla psa i dla mnie komfortem i żeby ich widok cieszył, a nie raził.
A w Psiej Matce fajne jest to, że spełnia wszystkie moje potrzeby i wymagania – i jakościowo, i wizualnie. Należy do tych kilku polskich marek, które się wyróżniają w zalewie chińskiej tandety, robią coś fajnego, swojego, dobrej jakości, mają swoją niszę. Które warto znać i wspierać. Dlatego o niej piszę – sprawdziłam, warto. Wszystkie jej produkty zostaną z nami na długo.
My z Kropą mamy matę-kołyskę, o taką jak niżej (tylko psia zawartość inna):

Mata jest w pięknym kolorze antracytu, mocuje się ją do tylnej kanapy (gumy) oraz foteli kierowcy i pasażera (klamry). Pieseł jedzie w takiej „kołysce”, co chroni go przed spadnięciem na podłogę auta podczas gwałtownego hamowania pana męża, a pana męża zwrotnie chroni przed kolejnymi porcjami frustracji wywołanej psimi kłakami i piachem na tejże podłodze. W macie są dwa otwory na pasy bezpieczeństwa dla sierściucha (bardzo ważna sprawa, bo przecież chcemy, żeby nasz pupil był bezpieczny, prawda?). Produkt jest one-size, 140 x 145 cm, nasz samochód nie należy do dużych, pewnie przy większym pojeździe byłby idealny, w naszym przypadku jest może ciut na wyrost, ale w niczym to nie przeszkadza, pięknie się układa i jest absoultnie funkcjonalny.
Do tego sierściuch ten materiał pokochał od razu, uwala się na nim z lubością (i wcale mu się nie dziwię, wykończenie jest piękne, niemal aksamitne w dotyku, jak coś tak fajnego może mieć w dodatku własciwości antybakteryjne?), nawet podusię do maty dostał.

Mata przyjechała do nas pięknie opakowana w bawełniany plecaczek ze sznureczkami, będzie jak znalazł na wszystkie nasze dogtrekkingowe wyprawy. Był obiecany pas do samochodu, nawet taka cudna kartka z życzeniami na Rok Psa się znalazła. I paragon w kopertce z kwiatuszkiem. No sama słodycz:)

Matę testujemy intensywnie od dwóch tygodni i na razie nie dzieje się z nią nic, no nic, mówię Wam! Zresztą co ma się dziać, w końcu to Psia Matka, z kocykiem, który kupiliśmy z rok temu tez się nic nie dzieje, wrzucamy do pralki i jest jak nowy. Sierściuch ją lubi, my ją lubimy, kurwowanie pana męża się skończyło, polecam serdecznie wszystkim, którym leży na sercu komfort i bezpieczeństwo psiaka podczas jazdy, higiena użytkowania pojazdu i harmonia w związku.
A matę (i wiele innych fajnych rzeczy) kupicie tu: http://psiamatka.pl/sklep/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *